
Czy alternatywą dla zbiurokratyzowanego państwa ma być zbiurokratyzowane społeczeństwo? Analizując styl funkcjonowania tzw. NGO-sów, które zawłaszczyły dla siebie przestrzeń publiczną, odpowiedź nasuwa się sama. W dzisiejszej Polsce nie ma już miejsca dla autentycznie bezinteresownej działalności społecznej, bo wszystko sprowadza się do grantów, pieniędzy, dofinansowania i mądrze brzmiącego języka unijnej nowomowy.
Krytyka tak zwanego trzeciego sektora jest w Polsce tematem tabu, a osoba która negatywnie wypowiada się o organizacjach pozarządowych musi liczyć się z tym, że zostanie poddana ostracyzmowi. Przyjęło się bowiem – i co do zasady słusznie – że rozwój aktywności obywatelskiej jest wartością samą w sobie, która powinna być wspierana, również przez państwo. Ale czy rzeczywiście rozbudowany system rządowych (w tym unijnych) dotacji okazał się najlepszą drogą do rozwoju tego, co nazywamy „społeczeństwem obywatelskim”? Wręcz przeciwnie – pod płaszczykiem niezależnych od rządu inicjatyw rozwinęły się zbiurokratyzowane twory, które żyją na garnuszku państwa (i UE) i są od niego zależne. W tym systemie nie ma miejsca na autentyczne, bezinteresowne zaangażowanie niezrzeszonych obywateli RP, którzy np. są ekspertami w jakiejś dziedzinie i chcieliby wykorzystać swoje doświadczenie dla rozwiązania jakiegoś problemu. Problemu, z którym nie radzą sobie nie tylko zbiurokratyzowane struktury państwa, ale i nie mniej zbiurokratyzowane NGO-sy.
Aby nie być gołosłownym, podam przykład wielogodzinnych kolejek na granicy polsko-ukrainskiej. Problem ten pozostaje nierozwiązany od lat również dlatego, że organizacje pozarządowe są w tym temacie lojalne wobec instytucji państwa, zainteresowanego z różnych względów zachowaniem status quo. Logika idei „trzeciego sektora” podpowiadałaby, że jeżeli państwo z czymś takim sobie nie radzi, to dziennikarze i organizacje pozarządowe przejmą inicjatywę i będą chociażby nagłaśniać ten problem oraz wywierać presję na władzę, aby ta się nad nim pochyliła. W przypadku problemu patologicznej granicy z Ukrainą (i nie tylko tej sprawy) jest inaczej – państwo udaje, że problemu nie ma, a organizacje pozarządowe gorliwie pomagają mu w utrzymaniu takiego przekonania.
To, dlaczego o patologii panującej na naszej granicy wschodniej jest tak cicho, nie przestaje mnie zdumiewać od kilku lat. Oczywiście można powiedzieć, że odpowiedzialnym za ten stan rzeczy instytucjom państwowym wygodnie jest nic nie robić, bo rozwiązanie tego problemu wymagałoby przeprowadzenia pewnych bolesnych kroków. Na przykład realnej walki z przemytem – co oczywiście nie spodoba się osobom, żyjącym z handlu ukraińskimi fajkami. Państwo przymyka oko na przemyt, bo nie ma pomysłu na rozwój gospodarczy Polski Wschodniej i woli koncentrować środki publiczne w i tak bogatej stolicy, niż np. zbudować autostradę i magistralę kolejową Warszawa – Lwów oraz linię kolejową Białystok – Lublin – Rzeszów (i dalej do Koszyc i Budapesztu). To tylko przykłady niezbędnych inwestycji transportowych, bez których Polska Wschodnia nigdy nie będzie się rozwijać w zadowalającym tempie, co z kolei jest przyczyną biedy, bezrobocia i popycha ludzi do przemytu. Jednak zamiast poważnej debaty na ten temat, urzędnicy i politycy wolą utrzymywać status quo, ukrywając bezrobocie w ten sposób, że przymyka się oko na bezczelny przemyt, który z kolei jest przyczyną wielogodzinnych kolejek na granicy z Ukrainą.
O tym, że te kolejki uderzają w uczciwych ludzi, którzy ze względów zawodowych lub prywatnych często podróżują np. do Lwowa lub Kijowa, nikt już nie mówi. Tak się składa, że akurat jestem jedną z tych osób, która swoją karierę zawodową powiązała z Ukrainą. Co to znaczy za każdym razem podczas podróży służbowej na Ukrainę stać w kilkugodzinnej kolejce, bez możliwości wyjścia do toalety, w zimnym autobusie, upokorzony na wszystkich frontach – to już naszych urzędników nie interesuje, bo dla nich ważniejsze są racje „biednych przemytników” lub rzekoma dyskryminacja mniejszości seksualnych.
Dlaczego urzędnikom i politykom taka sytuacja jest na rękę, to już sobie wyjaśniliśmy. Ale czemu tematem patologicznej granicy i dyskryminacji osób zawodowo związanych z Ukrainą nie interesują się przedstawiciele trzeciego sektora? Dlaczego nie alarmują, nie nagłaśniają tego problemu, nie wywierają presji na polityków? Czyżby to było normalne, że wjazd do naszego „europejskiego” kraju wiąże się z upokarzającym oczekiwaniem w kilkugodzinnej kolejce, wśród ciemnych typów zajmujących się przemytem, którzy mają na tej granicy więcej praw niż uczciwi podróżni?
Wyjaśnienie okazuje się proste. Organizacje pozarządowe nie zajmą się żadnym problemem społecznym, dopóki nie dostaną na to kasy. Od kogo? W sumie od rządu, bo również magiczne „środki unijne” są de facto środkami rządowymi, a ich „pozyskanie” wymaga tego, by dobrze żyć z polskimi, a nie unijnymi urzędnikami.
Trudno jest w takiej sytuacji liczyć na to, że grantodawca będzie wspierał finansowo projekt, którego istotą jest konstruktywna krytyka tegoż grantodawcy. Takie numery nie przejdą. Dlatego środki unijne trafiają na projekty, które sprowadzają się np. do medialnego wsparcia rządowej agendy. Aby się o tym przekonać, wystarczy przywołać przykład organizacji „pozarządowych”, funkcjonujących w obszarze polityki wschodniej i stosunków polsko-ukraińskich. Nawiasem mówiąc, wiele z nich wykonuje kawał dobrej roboty, tworząc bardzo wartościowe i profesjonalne publikacje czy organizując tak potrzebne nam konferencje poświęcone polityce wschodniej. Ale jedno jest charakterystyczne - panuje tam zasada: o polityce polskich instytucji państwowych wobec Ukrainy albo dobrze, albo wcale. A jeśli jakaś krytyka, to delikatna, tak aby przypadkiem nikogo nie urazić i nie nazwać rzeczy po imieniu – takich jak problem patologicznej granicy.
Efekt jest zatrważający. Polskie organizacje pozarządowe, korzystając ze wsparcia finansowego podatników, organizują wiele konferencji i wydają mnóstwo publikacji, poświęconych różnym aspektom stosunków polsko-ukraińskich. Przy tej okazji poruszane są rozmaite tematy, również mniejszej wagi, ale o problemie patologicznej granicy się nie mówi. Tak, jakby był to temat zakazany, jakby ten problem w ogóle nie istniał.
Ta lojalność ludzi trzeciego sektora jest im wynagradzana w ten sposób, że ci wszyscy intelektualiści zostali postawieni ponad prawem i przekraczają granicę bez kolejki. Mimo, że jest to rozwiązanie nielegalne. To tajemnica poliszynela, ale np. dziennikarz czy intelektualista jadący na konferencję do Lwowa po prostu odpowiednio wcześnie dzwoni do kogo trzeba, a ta osoba (konsul, wojewoda, organizator konferencji, wysoko postawiony urzędnik) załatwia sprawę z komendantem przejścia granicznego. Jedyne o co trzeba zadbać, to wcześniej zgłosić, że tego i tego dnia takie i takie osoby, jadące takim i takim autem, trzeba będzie przepuścić poza kolejką. Oczywiście, w zamian za niepisane zobowiązanie, że ten wyróżniony takim przywilejem dziennikarz czy koordynator projektu będzie siedział cicho i nie będzie ruszać tematu granicy.
Tak się składa, że jako dziennikarz ukraińskich mediów kilka lat temu bardzo dokładnie zbadałem sytuację na granicy, przeanalizowałem źródła problemów i możliwe sposoby zmian tej sytuacji. W rezultacie moich dwuletnich badań powstało opracowanie eksperckie, w którym wskazywałem moim zdaniem skuteczne sposoby uporania się z problemami na granicy. Tym opracowaniem chciałem się podzielić z odpowiednimi instytucjami państwowymi i organizacjami pozarządowymi, publikację przesłałem m. in. Straży Granicznej, Służbie Celnej, MSWiA, MSZ, obu Wojewodom (Podkarpackiemu i Lubelskiemu), a także konsulatowi generalnemu RP we Lwowie i Ambasadzie w Kijowie.
Rezultat – jak można się było domyślić: żadna z tych instytucji nie raczyła się tym tematem zainteresować. Tak w praktyce wygląda u nas „społeczeństwo obywatelskie”, gdzie obywatel autentycznie zaangażowany w sprawy publiczne nie ma absolutnie żadnej szansy wykorzystać swojej wiedzy, doświadczenia i zaangażowania w służbie swojemu krajowi.
To może należałoby to zrobić poprzez tak wychwalane wszędzie instytucje „społeczeństwa obywatelskiego”, czyli „endżiosy”? W końcu co jak co, ale w naszym kraju nie brakuje wpływowych organizacji pozarządowych, działających w sferze stosunków polsko-ukraińskich. I tutaj znów to samo – próby zainteresowania tym tematem naszego wspaniałego trzeciego sektora spełzły na niczym. Było nawet gorzej, niż z urzędnikami, bo w przypadku konsulatu czy Straży Granicznej przynajmniej widziałem cień zainteresowania tematem. W przypadku „endżiosów” moi rozmówcy, na co dzień dość wpływowi ludzie, werbalnie zatroskani o sprawy publiczne, nawet nie kryli swojej interesowności. „Co my z tego będziemy mieli” lub „to trzeba by było znaleźć partnera, napisać projekt i postarać się o granty” – padało w odpowiedzi. Na moją sugestię, że przecież chodzi po prostu o to, by dana organizacja wykorzystała swój autorytet i najzwyczajniej przedstawiła te propozycje rządowi, nagłośniła temat, sprowokowała debatę publiczną, moi rozmówcy reagowali tylko wzruszeniem ramion.
Opisane sytuacje miały miejsce w latach 2006-2007. Od tego czasu nic się nie zmieniło, ani w temacie granicy, ani w nastawieniu „NGO-sów”. Oczywiście nie mam na myśli organizacji charytatywnych ani szeregu małych, autentycznych stowarzyszeń, bo takie też są, tylko „grantożerców”, czyli organizacji tylko z nazwy pozarządowych, a w rzeczywistości funkcjonujących jako integralny element systemu społecznej biurokracji.
Dziś nie mam już co do „trzeciego sektora” żadnych złudzeń. Szkoda tylko, że utrzymujemy tę fikcję bezinteresowności, zamiast po prostu stworzyć system, w którym państwo i UE będą zlecać część swoich zadań w sferze społecznej komercyjnym firmom, otwarcie działającym dla zysku. A nie zakłamanym quazi-przedsiębiorstwom, z niezrozumiałych względów udających organizacje non-profit.
PS. Z moimi materiałami dotyczącymi uzdrowienia sytuacji na granicy polsko-ukraińskiej można się zapoznać pod tym linkiem (materiały przedstawione w skrótowej formie): http://porteuropa.eu/ukraina/granica
| « poprzednia | następna » |
|---|











Komentarze
W podobnym duchu pisał w Nowym Obywatelu Marcin Janasik ze Stowarzyszenia Lepszy Świat z Poznania.
http://issuu.com/magazynobywatel/docs/obywatel47
(str, 27)
"również magiczne „środki unijne” są de facto środkami rządowymi, a ich „pozyskanie” wymaga tego, by dobrze żyć z polskimi, a nie unijnymi urzędnikami."
to fakt ale nie wszystkie środki sa dzielone przez rząd i urzedników, choc oczywiscie te drugie to znakomita mniejszosć...
Przychylam sie zdecydowanie do konstatacji ze wiekszosc wielkich "grantozercow" - glownei warszawskich nalezaloby zdrowo przeorac - np pod katem efektywnosci i realnych wynikow a nie np wydrukowanych plakatow czy nikomu nie potrzebnych szkoleń...
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.