Saturday, May 19th

Last update:07:23:11 AM GMT

You are here:

Współpraca Krakowa z Kijowem - jakie perspektywy?

Email Drukuj PDF
Ocena użytkowników: / 1
SłabyŚwietny 

Popularne kino „Kijów” w centrum Krakowa, ukraińskie stoisko na targach świątecznych na krakowskim rynku oraz dosyć intensywna współpraca akademicka i rzadziej – kulturalna. Do takich spraw sprowadza się obecnie partnerstwo grodu Kraka z Kijowem, jednym z niewielu miast bliźniaczych Krakowa, leżących na wschód od Wawelu. Trzeba przy tym wspomnieć że ta współpraca, narzucona odgórnie w czasach radzieckich i dość intensywnie rozwijająca się w poprzednim ustroju, po 1989 roku znacząco osłabła. I nie ma co się dziwić: dawny format jest już nieaktualny, a nowego wciąż nie odnaleziono, mimo iż włodarze obu miast zapewniają o perspektywiczności krakowsko-kijowskiego partnerstwa.


Problem z krakowsko-kijowską współpracą polega na tym, że oba miasta nie są wobec siebie równorzędnymi partnerami. Truizmem byłoby stwierdzenie, że współpraca najlepiej układa się między tymi miastami, które są podobnej wielkości, mają równorzędny status (stolice, dawne stolice, drugie najważniejsze miasta w kraju), są powiązane ze sobą historycznie (np. Wrocław – Lwów), mają podobne położenie geograficzne (np. miasta górskie, nadmorskie) lub tę samą dominującą gałąź przemysłu (np. miasta górnicze).

W przypadku Krakowa i Kijowa taka równorzędność miała miejsce w poprzednim ustroju. Kijów nie był wtedy stolicą niepodległej Ukrainy, ale po prostu jednym z ważniejszych miast ówczesnego ZSRR, tak jak Kraków był jednym z ważniejszych ośrodków PRL. Ideologicznie, gospodarczo i społecznie oba miasta do siebie pasowały, a i sam Kijów nie przytłaczał jeszcze swoją wielkością. Od 1980 roku ukraińska stolica (uwzględniając satelickie miasta i nie zameldowanych przybyszów) powiększyła się o prawie milion mieszkańców – a więc o więcej, niż Kraków zdążył uzbierać w całej swej tysiącletniej historii.

Po 1991 roku ranga Kijowa wzrosła tak bardzo, że Kraków przestał być dla niego równorzędnym partnerem – nawet mimo tego, że od kilku lat jesteśmy w UE, do której Ukraińcy bez rezultatu aspirują. Abstrahując już od samego faktu stołeczności Kijowa i wiążących się z tym funkcji, których Kraków nie posiada, Kijów ze swoimi ponad trzema milionami mieszkańców jest aż czterokrotnie większy od swego polskiego „brata bliźniaka”.

Skala problemów i wyzwań związanych z przeludnieniem, niekontrolowaną migracją do stolicy za pracą, z transportem miejskim itp. bardziej uzasadniałaby wymianę doświadczeń Kijowa z Warszawą czy Berlinem, niż z o wiele mniejszym Krakowem. Myliłby się również ten, kto widziałby Kraków w roli „bogatszego wujka”, który mógłby pomagać Kijowowi w nadganianiu zaległości rozwojowych. Taka pomoc doskonale sprawdzałaby się w relacjach z niezbyt zamożnym i podobnym do Krakowa Lwowem, ale nie z Kijowem, który gospodarczo wyróżnia się in plus nie tylko na tle stosunkowo biednej Ukrainy, ale i środkowo-wschodniej Europy.

Jednym słowem, mimo naszej zinstytucjonalizowanej przynależności do świata zachodniego, to Kijów jest w tym „związku” partnerem ogólnie rzecz biorąc ważniejszym i bogatszym. Uświadomienie sobie tego faktu to podstawa do tego, by w końcu sformułować racjonalną strategię dwustronnej współpracy, adekwatną do obecnej sytuacji.

Współpraca kulturalna to nie wszystko

Jeżeli nie ma pomysłu na rozwój współpracy między dwoma miastami partnerskimi, zazwyczaj sprawa kończy się na sztampowej wymianie kulturalnej i na sferze symboli. Przykładowo, współpraca Kijowa z partnerską Bratysławą sprowadza się obecnie do tego, że w centrum Bratysławy stoi monumentalny hotel „Kijów” i tablica poświęcona temu miastu, a najpopularniejszym hotelem Kijowa jest „Bratysława”, stojąca przy ulicy Bratysławskiej. I na tym koniec. Również współpraca kulturalna, która sama w sobie jest godna pochwały, często jest jedynie zamiennikiem, maskującym brak lepszych pomysłów. Jeżeli urzędnicy chcą sprawić wrażenie, że współpraca miast partnerskich kwitnie, najprostszą sprawą jest zaproszenie do swego miasta aktorów z funkcjonującego w mieście partnerskim teatru, czy też zorganizowanie wystawy prac plastycznych dzieci z zaprzyjaźnionej szkoły – a rok później powtórzenie tego samego u partnera. Ewentualnie można nie robić niczego, tylko dać dotację organizacji pozarządowej, która zorganizuje jakąkolwiek (czytaj – byle jaką) wspólną imprezę kulturalną, której jedyną zaletą jest to, że jest krakowsko-kijowska (lub kijowsko-bratysławska, elbląsko-tarnopolska itp.). Sprawa odfajkowana, zdjęcia ze wspólnej imprezy ładnie się prezentują w mediach – i można nie przejmować się brakiem realnego pomysłu na współpracę.

Tymczasem istotą współpracy miast partnerskich powinno być co innego. Przede wszystkim: wymiana doświadczeń, skutkująca zaprowadzeniem w naszym mieście czegoś nowego i pożytecznego, co sprawdziło się u partnera i od teraz może służyć również naszym mieszkańcom. Z drugiej strony, my odwdzięczamy się tym samym, przekazując partnerowi nasze pozytywne doświadczenia i ostrzegając przed negatywami. Na takiej zasadzie współpracują ze sobą Lwów i Wrocław, i to właśnie ich kwitnąca współpraca mogłaby być inspiracją dla współpracy Krakowa i Kijowa, której obecnie daleko jeszcze do ideału.

Kijów może nas wiele nauczyć

Dla wielu czytelników powyższe stwierdzenie może wywołać szok: „jak to, biedniejsi od nas Ukraińcy mają nas czegoś nauczyć? Przecież to my jesteśmy w Unii, to my jesteśmy bogatsi i to my przekazujemy na wschód nasze cenne doświadczenia”. Czegóż w takim razie może nas nauczyć Kijów – miasto, które nie jest przez naszych urzędników odbierane jako potencjalny wzór do naśladowania?

Przede wszystkim – dostrzeżenia, że mamy w Krakowie wspaniałą rzekę - Wisłę, o czym często zdajemy się zapominać. W Krakowie o ożywieniu Wisły dużo się mówi, próbując odwoływać się do najróżniejszych wzorców, a tymczasem jednym z lepszych wzorów do naśladowania w tym zakresie jest właśnie nasz ukraiński partner, który przywiązuje do Dniepru o wiele większą uwagę, niż krakowskie władze do Wisły.

Kijów jest przede wszystkim dosyć prężnie funkcjonującym portem rzecznym, a więc dobrym punktem odniesienia w dyskusji o ożywieniu żeglugi śródlądowej w Krakowie. Co ważne, portowe dźwigi, nabrzeża i barki stanowią integralną część kijowskiego krajobrazu, dodając miastu niepowtarzalnego uroku. Oprócz żeglugi towarowej, w samym sercu miasta funkcjonuje pasażerski Dworzec Rzeczny, a miejscowi armatorzy oferują zarówno krótkie wycieczki statkiem po mieście i położonym w jego pobliżu Zalewie Kijowskim, ale też dalsze wyprawy: do Połtawy, Odessy, Jałty, a nawet Bratysławy i Wiednia (przez Dniepr, Morze Czarne i Dunaj) – na indywidualne zamówienie.

Kijów jest zżyty z rzeką również dzięki popularnym piaszczystym plażom, kąpieliskom, a także ośrodkom rekreacyjnym, położonym m. in. na Truchanowej Wyspie i wyspie Hydropark. Co prawda, Wiśle z jej zanieczyszczeniami dużo jeszcze brakuje do tego, by otwierać plaże i kąpieliska na wzór kijowskich, ale przecież trzeba myśleć perspektywicznie. Mało kto wie, że obowiązująca nas Ramowa Dyrektywa Wodna UE zobowiązuje Polskę do osiągnięcia już w 2015 roku „zadowalającego stanu” Wisły i innych rzek, przez co unijni decydenci rozumieją m. in. stan zdatny do kąpieli. Skoro więc obligatoryjne oczyszczenie wszystkich ścieków spowoduje, że już za pięć lat Wisła będzie w miarę czystą rzeką, już teraz warto pomyśleć nad tym, jak ten fakt wykorzystać i gdzie ulokować ewentualne wiślane plaże. Wszak nie jest to aż taka egzotyka – starsi mieszkańcy do teraz pamiętają kąpiele w czystej rzece pod samym Wawelem, gdzie na zakolu Wisły istniała bardzo popularna wśród krakowian, piaszczysta plaża.

O ile jednak kąpieliska wiślane są wciąż jeszcze sprawą przyszłości, to nie możemy zapominać o innych zaniedbanych akwenach, gdzie warto już teraz wprowadzić kijowskie doświadczenia. Wycieczka poznawcza do Kijowa szczególnie przydałaby się urzędnikom, radnym i ekspertom, którzy są w stanie przeforsować zmianę planu zagospodarowania przestrzennego dla Przylasku Rusieckiego oraz nowopowstałego akwenu w rejonie Rybitw – potencjalnie popularnych kąpielisk tętniących życiem, a obecnie skazanych na niebyt.

Kijów, podobnie jak Kraków, jest miastem położonym na wzgórzach. Wizyta w Kijowie może więc stanowić okazję do kilku powiązanych z tym faktem inspiracji. Pierwszą jest „funikuler” - kolejka szynowa (przypominająca tę z Gubałówki) na Wzgórze Michałowskie, doskonale wtapiająca się w otoczenie i stanowiąca niewątpliwą atrakcję turystyczną miasta. Może warto pomyśleć nad wprowadzeniem podobnego „wynalazku” na Salwatorze lub Krzemionkach, tworząc nową atrakcję, która przyciągnie turystów w nowe rejony miasta? Drugą tego typu atrakcją jest stok narciarski „Protasiv Jar”, cieszący się w zimie całkiem sporym powodzeniem – również wśród turystów. Kijów oczywiście nie pretenduje do tego, by konkurować z kurortami narciarskimi Karpat, ale mimo to stok narciarski w środku miasta okazał się strzałem w dziesiątkę. Czy może kijowski przykład stać się natchnieniem dla krakowskich samorządowców, którzy stworzyliby podobny ośrodek narciarski na jednym z wielu krakowskich wzgórz? Na to pytanie powinni odpowiedzieć sami zainteresowani.

Co Kraków może dać kijowianom?

Oczywiście, każda współpraca działa w dwie strony i w związku z tym my również mamy co zaoferować ukraińskiej stolicy. Przede wszystkim – nasze doświadczenie z zakresu organizacji ruchu rowerowego, jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało zważywszy na to, że i nam daleko w tym względzie do ideału.

Ktoś powie: Kraków sam powinien uczyć się od innych, jak rozwijać transport rowerowy w mieście. To prawda, ale w Kijowie ścieżek rowerowych nie ma wcale, chociaż coraz więcej mieszkańców korzysta z tej formy komunikacji (co nie dziwi, jeśli wziąć pod uwagę stan zakorkowania miasta). Może zabrzmi to banalnie, ale sprawa jest oczywista: dla kijowian o wiele cenniejsze są doświadczenia Krakowa, który buduje ścieżki rowerowe z problemami, niż idealnych pod tym względem Kopenhagi czy Rotterdamu, którym Kijów i tak nie ma szans dorównać. Ciekawym tematem, który warto wprowadzić w Kijowie, jest też popularne wśród zagranicznych gości zwiedzanie miasta na rowerze i udział w tym krakowskich wypożyczalni rowerów. Przy tworzeniu jednej z pierwszych wypożyczalni pomagała nam holenderska fundacja - może teraz czas na przekazanie pałeczki dalej na wschód i krakowską pomoc w zorganizowaniu pierwszej wypożyczalni rowerów w Kijowie?

Kolejna sprawa – to ochrona środowiska, w której jesteśmy o wiele bardziej zaawansowani dzięki obecności w UE. Szczególnie cenne dla Kijowa mogłyby być nasze doświadczenia z wprowadzaniem systemu segregacji odpadów (kolorowe pojemniki), który na Ukrainie zupełnie nie funkcjonuje (z nielicznymi wyjątkami). I znów najcenniejsze dla Ukraińców będzie poznanie doświadczenia właśnie Krakowa (albo innego polskiego miasta), gdzie wprowadzanie systemu segregacji wiąże się z wieloma poważnymi problemami, w tym z koniecznością przezwyciężenia mentalności mieszkańców, przyzwyczajonych do wrzucania wszystkich śmieci do jednego kosza. Przykład idealnej pod tym względem Szwecji do Ukraińców nie przemówi (na zasadzie: za bardzo się od nich różnimy), natomiast podobny mentalnie i kulturowo Kraków o wiele bardziej przekonuje do naśladowania („oni są tacy jak my, więc pójdźmy ich śladem”).

No i najważniejsza sprawa – promocja turystyczna miasta. Jeszcze dziesięć lat temu Kraków znajdował się w identycznej sytuacji, jak obecnie Kijów: nikt w Europie nie wątpił w to, że jest to piękne miasto ze wspaniałą historią, ale ilość zagranicznych turystów nie oszołamiała. A ci zagraniczni goście, którzy jednak pod Wawel przyjechali, skarżyli się na wiele rzeczy, które samych krakowian nie raziły (od braku anglojęzycznych napisów aż po niedostateczną ilość publicznych toalet). Obecnie Kraków jest jednym z najpopularniejszych miast turystycznych w Europie, a Kijów wciąż czeka na odkrycie jako popularne miejsce odwiedzin. Pierwszy krok już zrobiono – pojawiły się tanie połączenia lotnicze z europejskimi miastami (Londyn, Katowice, Dortmund, Oslo i in.). Kijów wygląda nie gorzej (a pod wieloma względami nawet lepiej), niż Wiedeń czy Amsterdam, jest czysty, zadbany i doinwestowany aż do przesady (europejskość i zamożność Kijowa aż razi po oczach każdego, kto przybył tu ze Lwowa, Odessy czy innych dużych miast Ukrainy). Jedyną przeszkodą w przyciągnięciu zachodnich turystów są drobne sprawy, których Ukraińcy w ogóle nie czują (podobnie jak krakowianie sprzed piętnastu lat), a które bardzo rażą turystów – jak na przykład brak informacji po angielsku czy nie do końca właściwy stosunek do obcokrajowców w restauracjach czy dyskotekach. Tu naprawdę niewiele trzeba, by tę sytuację zmienić – a kto inny miałby kijowianom doradzić w tym zakresie, jak nie zaprzyjaźnione miasto partnerskie?

Jakub Łoginow

 

Artykuł opublikowany w miesięczniku "KRAKÓW"

Dodaj komentarz

Kod antysapmowy
Odśwież

Wpisz swój adres e-mail.
Będziesz otrzymywać nasz newsletter.
adres e-mail
Miasto

Czytaj też podobne artykuły z innych serwisów: