
„Polska to dziki kraj” – powiedział swego czasu były minister sportu. Obserwując dziki pęd Polaków do rozwijania ogromnym kosztem infrastruktury sportu, w którym nie mamy żadnych sukcesów, ale za to poważne problemy z chuliganami, nie trudno się z tym stwierdzeniem nie zgodzić.
W czym jesteśmy dobrzy? Na pewno nie w piłce
O sporcie można powiedzieć wiele pozytywnych rzeczy. Począwszy od tego, że aktywność fizyczna jest zdrowa, w przeciwieństwie do spędzania czasu przed telewizorem, a kończąc na takich wartościach, jak budowanie poprzez sport własnego charakteru, wytrwałości. Ze sportem ściśle wiążą się też takie pojęcia, jak zasady fair play, czy zdrowa rywalizacja. Wszystko to sprawia, że nie bez przyczyny mówi się o pozytywnej, wychowawczej roli sportu i rekreacji i inwestuje środki publiczne w rozwój obiektów sportowych – czego przykładem jest wymieniony w tytule program Orlików.
Wszystko fajnie, ale dlaczego bezkrytycznie przyjęliśmy, że w ramach rządowego programu mamy masowo budować właśnie boiska piłkarskie, a nie baseny, kluby żeglarskie, korty tenisowe lub lodowiska?
Tak wyraźne preferowanie piłki nożnej kosztem wszystkich innych dyscyplin sportowych miałoby sens, gdybyśmy byli krajem takim, jak Brazylia czy Argentyna. Tam każdy dzieciak marzy o tym, by stać się drugim Ronaldo – i niektórym się to rzeczywiście udaje. Ale należy też pamiętać, że każdy kraj ma swoją specyfikę. Jeden naród ma naturalne skłonności do sukcesów w piłce nożnej (Brazylia), inny jest potentatem w hokeju (Słowacja), jeszcze inny – w siatkówce, narciarstwie, żeglarstwie. A w jakich dyscyplinach sportowych odnoszą sukcesy Polacy?
Odpowiedź na to pytanie jest trudna, ale jedno jest oczywiste: na pewno nie w piłce nożnej.
Jeśli już mielibyśmy wskazywać polskie specjalności, to warto wymienić sukcesy polskich siatkarek, żeglarzy, pływaków... O Adamie Małyszu i skokach narciarskich nie wspominając. A piłka nożna... Cóż, jak na razie sukcesy odnoszą jedynie stadionowi chuligani, którzy sprawili, że pójście na mecz z małym dzieckiem czy z całą rodziną jest praktycznie niemożliwe. A piłka nożna większości Polaków kojarzy się nie tyle z aktywnością fizyczną, co z popijaniem piwa przed telewizorem i oglądaniem, jak tę piłkę kopią inni. Czy o taką promocję sportu i aktywności fizycznej nam chodzi? A może warto jednak środki publiczne inwestować w obiekty, które sprawią, że Polacy przestaną w końcu „interesować się sportem” (czytaj: oglądać w pubie mecze, pijąc piwo i paląc pety), a zaczną po prostu sport uprawiać na co dzień (pływać, biegać, żeglować na desce, jeździć na rowerze – tutaj brak ścieżek rowerowych się kłania).
Pływanie to podstawowa umiejętność
Dlatego zamiast rządowego programu budowy piłkarskich Orlików o wiele większy sens miałby program „basen w każdej gminie”. Razem z tym należałoby zadbać o rzeczywistą, a nie pozorowaną naukę pływania w szkołach. Dobrym pomysłem byłoby również wprowadzenie w ramach lekcji WF „wychowania żeglarskiego”. W ciepłych miesiącach (druga połowa maja i pierwsza połowa czerwca) lekcje wychowania fizycznego mogłyby przybrać postać nauki windsurfingu, a wszystko to w połączeniu z przekazaniem uczniom informacji na temat bezpiecznego i odpowiedzialnego zachowania nad wodą.
O tym, jak bardzo Polakom tej wodnej świadomości brakuje, każdego lata pokazują policyjne statystyki. Większe, niż w innych krajach wskaźniki utonięć, tragiczne złamania kręgosłupa przy skokach do wody... Przynajmniej części tych wypadków można by uniknąć, gdyby kwestie odpowiedzialnego zachowania nad wodą, ale też sprawnego radzenia sobie w wodzie, znalazły się w programie edukacji szkolnej.
Warto pamiętać – bez umiejętności skutecznego strzelania goli czy wrzutów do kosza można się w życiu obejść, chociaż oczywiście fajnie jest być dobrym w te klocki. Natomiast swobodne radzenie sobie w wodzie jest jedną z podstawowych umiejętności, które przydają się w życiu, a czasem mogą przesądzić o uratowaniu siebie lub innych w trudnej sytuacji. Co więcej: pływania się nie zapomina, więc jak ktoś za młodu nauczy się sprawnie, bez paniki i odpowiedzialnie zachowywać się nad wodą i w wodzie, ta umiejętność zostanie mu do końca życia.
W kategorii jezior Polska jest bezkonkurencyjna
Gdybyśmy byli krajem górskim (jak Austria, Słowacja, Norwegia), logicznym byłoby przykładanie szczególnej wagi do sportów zimowych, takich jak łyżwiarstwo, hokej czy narciarstwo. I tak się w tych krajach dzieje. Słowackie dzieciaki nie kopią piłki na podwórkach, tylko od najmłodszych lat grają w hokeja. Choćby i na zamarzniętych rzekach, byle gdzie. Słowackie dzieci grają w hokeja również w miesiącach wiosenno-letnich: korzystając z licznych lodowisk („zimne stadiony”) lub po prostu uprawiając letnią wersję hokeja (na rolkach).
Polską specjalnością jest natomiast woda, z czego nie do końca zdajemy sobie sprawę. Mamy bowiem spory dostęp do Bałtyku i jesteśmy krajem morskim, co nasi politycy i dziennikarze w Warszawie zdają się zapominać. Ale mamy również ogromne ilości pojezierzy, od Wielkopolski, przez Kaszuby, po Mazury i Podlasie. Wielkie Jeziora Mazurskie traktujemy jak coś zwyczajnego, ale jeśli przyjrzymy się innym krajom europejskim, to takie skupisko czystych i pięknych jezior, połączonych kanałami, jest ewenementem w skali Europy. Czegoś takiego nie ma w Niemczech, Francji, Austrii, Wielkiej Brytanii, na Słowacji ani Ukrainie... Owszem, w każdym z tych krajów są pojedyncze jeziora, często o pokaźnych rozmiarach (np. Jezioro Nezyderskie w Austrii), czy niewielkie pojezierza (np. Jeziora Szackie na Ukrainie), ale pas wspaniałych, rozległych pojezierzy od Wielkopolski po Podlasie – to prawdziwy rarytas, z którego powinniśmy być dumni.
Owszem, podobne warunki geograficzne panują również w krajach Europy Wschodniej (Białoruś, Litwa, Finlandia) – jednak jeziora są tam zimniejsze i przez to mniej dostępne dla wodnej rekreacji i sportu, niż u nas.
Nieco gorzej jest na południu kraju, ale i to się może zmienić. Polska realizuje Ramową Dyrektywę Wodną UE, która przewiduje, że do 2015 roku (z wyjątkami) wszystkie polskie rzeki będą na tyle czyste, by się w nich kąpać. Również w Wiśle. Ale rzeki to nie wszystko – na południu mamy wiele sztucznych jezior, powstałych na skutek spiętrzenia wód rzek (Zalew Czorsztyński, Jezioro Orawskie, Jezioro Solińskie, Zalew Rożnowski i in.). Całość dopełniają niedoceniane przez nas żwirowiska – niewielkie akweny rekreacyjne, powstałe przez wypełnienie wodą miejsc wydobycia żwiru i piasku. I tu również należałoby zaapelować do rządu, by nie podniecał się tak Orlikami, ale by w końcu zauważył i docenił potencjał sportowo-wychowawczy tych małych żwirowisk i glinianek, które dla mieszkańców Małopolski, Lubelszczyzny czy Śląska są często miejscem pierwszego kontaktu z wodą, z żeglarstwem. Tutaj kłania się potrzeba zmiany obowiązujących przepisów górniczych w ten sposób, by firmie wydobywającej żwir lub piasek opłacało się po zakończeniu eksploatacji przekształcić żwirowisko w atrakcyjny akwen sportowo-rekreacyjny, a nie w zamknięte skupisku kilkunastu małych stawów wędkarskich, jak to się dzieje obecnie.
Wychowanie żeglarskie? W Zakopanem również się da!
Jak widzimy, „wychowanie żeglarskie” można realizować w całym kraju, nie tylko nad morzem czy na Mazurach. Uczniowie krakowskich szkół mogliby uczyć się podstaw windsurfingu i żeglarstwa na zalewie Bagry lub Kryspinów, a dzieci z Zakopanego czy Poronina – pływać na odległym o 20-30 km Jeziorze Orawskim lub Czorsztyńskim. Praktycznie w całym kraju, włącznie z terenami górskimi, znajdzie się jakiś nadający się do lekcji „wychowania żeglarskiego” akwen, oddalony maksymalnie o 30 km od szkoły.
Zorganizowanie jednego miesiąca w roku szkolnym na wychowanie żeglarskie nie powinno być aż takim problemem. Oczywiście, wymaga to pewnych kosztów – ale czy większych, niż budowa Orlików? Jedno jest pewne: o ile grania w piłkę i strzelania goli można się nauczyć gdziekolwiek (choćby na podwórku czy na wiejskiej łące), to nie da się oswoić dzieci i młodzieży z wodą oraz nauczyć odpowiedzialnego zachowania w wodzie „na sucho”. Jeżeli chcemy, by w przyszłości było mniej utonięć i innych nieszczęśliwych wypadków nad wodą, nie wystarczy apelować w mediach o odpowiedzialność. Pewnych nawyków radzenia sobie w wodzie i na środku jeziora trzeba po prostu nauczyć młodych ludzi w ramach edukacji szkolnej, w praktyce, a więc np. organizując w ramach lekcji WF naukę podstaw windsurfingu czy żeglarstwa.
Nawiasem mówiąc, czy słyszał ktoś o ustawkach i innych zachowaniach chuligańskich między zwolennikami rywalizujących ze sobą żeglarzy czy windsurferów? Głupie pytanie, prawda? Windsurfing i chuligaństwo, kibolstwo – to się wzajemnie wyklucza, w przeciwieństwie do piłki nożnej. To samo można również powiedzieć o narciarstwie, siatkówce, wioślarstwie... W takim razie, która dyscyplina sportu bardziej zasługuje na rządowe wsparcie: sporty wodne, czy piłka nożna? Wybór należy do Państwa.
| « poprzednia | następna » |
|---|










