Saturday, Oct 25th

Last update:04:51:55 PM GMT

You are here:

Absurdalna ustawa dobija apteki

Email Drukuj PDF
Ocena użytkowników: / 29
SłabyŚwietny 

Jeszcze kilka lat temu prowadzenie apteki było bardzo dochodową sprawą, a zawód farmaceuty należał do najlepiej opłacanych w Polsce. Eldorado skończyło się 1 stycznia 2012 roku, kiedy weszła w życie nowa ustawa „Prawo Farmaceutyczne”. Mimo pewnych pozytywnych zmian, minister Bartosz Arłukowicz przedobrzył w drugą stronę – wprowadzona przez niego ustawa powoli wykańcza apteki, co za kilka lat może mieć poważne negatywne skutki dla pacjentów.


Jak było wcześniej?

Powiedzieć, że pomysł zmiany ustawy wziął się z powietrza, a jego jedyną przyczyną była chęć dobicia dobrze prosperujących aptekarzy, byłoby oczywiście dużym nadużyciem. Przepisy obowiązujące przed 2012 rokiem nie były idealne i rzeczywiście wymagały zmian, bo na rynku aptecznym nie brakowało nadużyć i patologii. A to wszystko prowadziło do marnotrawstwa środków publicznych, tak że chęć ograniczenia wydatków NFZ na refundację leków była w pewnym sensie uzasadniona.

Główną wadą poprzedniego systemu (tego „przed Arłukowiczem”) były nieadekwatnie wysokie marże otrzymywane przez apteki, nie powiązane w żaden sposób z poziomem ceny płaconej przez pacjenta. Przykładem tej sytuacji były leki „za jeden grosz” (z punktu widzenia pacjenta, który dzięki refundacji płacił właśnie taką kwotę), które jednak były warte na przykład 300 złotych. Jak to wyglądało w praktyce? Typowy przykład: apteka kupowała dany lek w hurtowni za 150 złotych za opakowanie (30 tabletek), sprzedawała je za 300 złotych, ale pacjent dzięki refundacji płacił w aptece tylko ten przysłowiowy grosik. Resztę (299 złotych 99 groszy) dopłacał NFZ. Efekt był jednak taki, że pacjentowi wydawało się, iż lek jest bardzo tani, prawie darmowy, więc można iść do lekarza, poprosić o recepty na zapas i wykupić od razu kilka opakowań nawet jeśli miałyby się zmarnować – w końcu to tylko kilka groszy.

Pacjent płacił więc 5 groszy i wydawało mu się, że te leki właśnie tyle są warte. Lek się przeterminował lub opakowanie gdzieś się zapodziało? Nie ma problemu, kupimy nowe, a lekarz bez problemu wypisze receptę. Apteka również była z tego zadowolona, bo na takim leku za 1 grosz zarabiała przykładowo 150 złotych marży. Z jej punktu widzenia taki roztargniony pacjent to skarb – najlepiej, gdyby częściej gubił leki czy wykupywał ich więcej niż trzeba, kasa leci, a za wszystko zapłaci podatnik. Tego typu sytuacje skłaniały do nadużyć i dlatego nic dziwnego, że minister Arłukowicz postanowił ukrócić tego typu sytuacje, wprowadzając sztywne marże dla aptek i inne rozwiązania, wprowadzone w życie wraz z nową ustawą, która weszła w życie 1 stycznia 2012.

Ze skrajności w skrajność


Niestety, jak to się często w Polsce zdarza, przy okazji zmiany ustawy rząd przedobrzył w drugą stronę. Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że wprowadzając nowe przepisy ustawodawca postąpił wobec aptekarzy na takiej samej zasadzie, jak po II wojnie światowej komuniści potraktowali „obszarników” i przedwojenną inteligencję. Aptekarzom „za dobrze się żyło”, więc dawaj, przywalmy im takie ograniczenia, żeby połowa z nich zbankrutowała. A co, odegramy się, w końcu wyborca lubi takie populistyczne hasła: farmaceuci byli ludźmi dość zamożnymi, to teraz zrobimy z nich dziadów.

Pisząc w tak ostry sposób nie mam bynajmniej na myśli przepisów wprowadzających urzędowe ceny leków refundowanych – we wszystkich aptekach takie same, ani odgórnie określonych marż. Tu akurat można się spierać, na ile takie rozwiązania są zgodne z zasadami wolnego rynku, ale z drugiej strony rynek apteczny nie jest rynkiem wolnym, lecz regulowanym, ceny leków są dotowane przez państwo (przez NFZ), więc tę kwestię można jeszcze zrozumieć.

Dodam tylko, że gdy o obecnych rozwiązaniach (sztywne ceny na leki itp.) powiedziałem moim ukraińskim i białoruskim znajomym, myśleli oni, że sobie z nich żartuję. W ich krajach, które tak często uważamy za mniej wolnorynkowe od Polski i bliższe tradycjom komunistycznym, takich ograniczeń nie ma, a ceny leków w białoruskich aptekach w dużo większym stopniu reguluje rynek i wolna konkurencja. U nas natomiast konkurencję ustawowo zabroniono: ceny leków refundowanych w każdej polskiej aptece muszą być identyczne, apteki nie mają prawa się reklamować ani zachęcać klientów do siebie poprzez np. programy lojalnościowe czy gazetki. Filozofia antyrynkowa rodem z ery Jaruzelskiego, dodajmy raz jeszcze – o wiele większy liberalizm gospodarczy na rynku aptecznym panuje obecnie w łukaszenkowskiej Białorusi, gdzie nikt nie zabrania ustawowo np. reklamy aptek czy konkurowania cenami.

Absurdalną ustawą w techników farmaceutycznych

O ile jednak wspomniane wyżej usztywnienie cen ma pewne uzasadnienie, to inne zmiany wprowadzone nową ustawą należy jednoznacznie ocenić w kategorii niczym nie uzasadnionych szykan wobec farmaceutów, właścicieli aptek i techników farmaceutycznych. Oto kilka przykładów, które bynajmniej nie wyczerpują tematu.

Pierwsza rzecz – ustawa Arłukowicza praktycznie uniemożliwia technikom farmaceutycznym odbycie obowiązkowego dwuletniego stażu w aptece, albo w lepszym wypadku zmusza apteki i techników do kombinowania. O co chodzi? Otóż na początek zaznaczmy, że w aptekach pracują nie tylko magistrzy farmacji, ale przede wszystkim technicy, czyli absolwenci szkół policealnych, w których program kształcenia jest skondensowany do dwóch lat nauki. Nauka kończy się zdaniem egzaminu państwowego, który dodajmy, nie jest lekki. Wiedza z zakresu farmakologii, technologii postaci leków, chemii leków, anatomii i fizjologii oraz innych przedmiotów, którą musi opanować technik farmaceutyczny, jest niewiele mniejsza niż w przypadku magistrów farmacji, gdyż właściwie kompetencje zawodowe obu osób w zakresie pracy w aptece są podobne. Różnica polega na tym, że tylko magister może być kierownikiem apteki oraz sprzedawać leki narkotyczne oraz bardzo silnie działające, czego technikowi nie wolno. Dlaczego więc magister farmacji uczy się aż pięć lat, a technik tylko dwa? Różnica wynika z tego, że technik farmaceutyczny ma kształcenie typowo zawodowe, praktyczne, pozbawione całej tej uniwersyteckiej otoczki, która jest konieczna w przypadku magistra farmacji. Technik farmaceutyczny jest kształcony typowo pod kątem praktycznej pracy w aptece, a magister farmacji oprócz tego ma prezentowaną wiedzę pozwalającą np. na pracę w fabryce farmaceutycznej, prowadzenie badań nad wytwarzaniem nowych leków itp. – czego techników z oczywistych względów nie uczą.

I tu właśnie znajduje się bardzo istotna luka prawna. Otóż w świetle aktualnych przepisów technikiem farmaceutycznym zostaje się dopiero po odbyciu dwuletniego stażu w aptece. Samo zdanie egzaminu państwowego i uzyskanie dyplomu technika farmaceutycznego formalnie nie uprawnia jeszcze do tego, by być technikiem farmaceutycznym w myśl przepisów obowiązującej ustawy. Absurdalne i nielogiczne? Być może, nie nam to jednak oceniać.

Pomijam już tu absurdalnie długi okres stażu (tak naprawdę wystarczyłby rok), ale problem jest innego rodzaju. Otóż w świetle aktualnych absurdalnych przepisów, technik-stażysta nie ma prawa wydawać leków i obsługiwać pacjentów! Może to robić bowiem jedynie magister farmacji lub technik farmaceutyczny, a tym jak wspomnieliśmy jest dopiero osoba która odbyła dwuletni staż. Co więc ma robić w aptece stażysta, który nie ma prawa tak naprawdę wydawania ani wykonywania leków? Tylko rozładowywać towar i sprzątać? Kto i po co tak naprawdę zatrudni w aptece na dwuletni staż osobę z dyplomem technika farmaceutycznego, jeśli ten nie ma w świetle obowiązujących idiotycznych przepisów żadnych uprawnień i jest bezużyteczny, a ustawa nakazuje, by płacić mu pełną pensję i to na umowę o pracę (a nie np. na zlecenie)?

Na początku apteki radziły sobie z tym absurdalnym rozwiązaniem tak, że stażysta i tak sprzedawał leki (bo jak inaczej ma się nauczyć fachu i po co miałby pracować w aptece), ale będąc w systemie komputerowym zalogowanym na koncie swojego „patrona” – magistra lub technika po stażu. I tak to w praktyce działa w 99% aptek, bo inaczej stażysta w ogóle nie miałby co w aptece robić i nie miałby szans na odbycie stażu. Ale od kilku miesięcy trwają zmasowane naloty nadzoru farmaceutycznego na apteki i takie sytuacje są brutalnie wyłapywane. Apteki dostają dotkliwe kary, minister finansów się cieszy (można doraźnie załatać dziurę budżetową), ale skutek jest oczywisty: prywatne apteki (nie-sieciówki) zmagają się z bankructwem, a techników farmaceutycznych na staż chcą przyjmować tylko te sieciówki, które mają układy administracji, dobrych prawników i których żadna kontrola nie dotknie.

Zakaz reklamy aptek sprzyja hipermarketom i sieciówkom

I na koniec – wspomniany już zakaz reklamy aptek, którego nie odważyła się wprowadzić nawet skłonna do antyrynkowych działań administracja Łukaszenki. Powrót do PRL? Chyba tak, bo innej przyczyny takiego rozwiązania nie widzę.

Minister Arłukowicz (wywodzący się z postkomunistycznej lewicy) tłumaczy zakaz reklamy aptek chęcią ograniczenia dominacji sieciówek i wspomożenia prywatnych, rodzinnych aptek. Według ministra, panujący przed 2012 rokiem wolny rynek był szkodliwy, bo wielkie sieci apteczne mogły sobie pozwolić na kampanie reklamowe, programy lojalnościowe itp. a zwykłe osiedlowe apteki – nie. Dlatego też ustawa ograniczyła możliwość tworzenia sieci – co okazało się bublem prawnym, bo sieci apteczne doskonale znalazły sposób na obejście tych przepisów.

Efekt jest taki, że sieci aptek istnieją, rozwijają się i mają się dobrze, a także bez problemu obchodzą ten absurdalny zakaz reklamy aptek. Na przykład krakowskie apteki Hygieia reklamują się jako „Hurtownie farmaceutyczne – centrum tanich leków”. Sieć „Zico Apteka” reklamuje usługi Zico Delikatesów Internetowych. Sieć aptek internetowych Superpharm reklamuje swoje drogerie, działające pod tym samym szyldem. I sieci świetnie sobie z tym radzą. Zdarzają się nawet przykłady bezczelnego łamania przepisów, poprzez otwartą reklamę aptek, bez uciekania się do aluzji. Prywatna osiedlowa apteka za coś takiego od razu otrzymałaby taką karę finansową, że by się z tego nie pozbierała, albo też odebrano by jej licencję. Sieciówkom wolno więcej, bo stać ich na prawników zarabiających sto tysięcy złotych miesięcznie, a taki utalentowany mecenas potrafi wydobyć kruczki prawne, przeciągać procedurę odwoławczą w nieskończoność i grać z nadzorem farmaceutycznym w kotka i myszkę. W efekcie nadzór farmaceutyczny, wiedząc że z sieciówkami lekko nie będzie, woli „wyrobić normę” kierując uciążliwe kontrole i nakładając kary na prywatne osiedlowe apteki, które nie mogą sobie pozwolić na tak profesjonalną obsługę prawną.

Nowelizacja ustawy to konieczność: albo zrobi to Platforma, albo opozycja

Tak oto przepisy o zakazie reklamy aptek, które według Arłukowicza miały sprzyjać prywatnym niezrzeszonym aptekom, pogłębiły jedynie dominację sieciówek. Ale nie tylko ich. Zauważmy, że znaczna część asortymentu aptek to wcale nie są leki, ale suplementy diety, odżywki i kosmetyki. A to wszystko można kupić również na każdej stacji benzynowej i w hipermarkecie. Po Apap, Paracetamol, plastry, bandaże czy witaminy nie musimy wcale iść do apteki, kupimy je też w hipermarkecie, który dodatkowo może się bez ograniczeń reklamować i może za tego typu zakupy nabijać klientowi punkty w popularnych programach lojalnościowych typu PayBack – czego ustawa zabroniła aptekom.

Prawie dwa lata funkcjonowania nowej ustawy – to wystarczający czas dla dokonania analizy, co w tych przepisach okazało się dobre, a co wymaga zmiany. Nie chodzi bynajmniej o to, by robić kolejną rewolucję i wszystko wyrzucić do kosza, bo wiele zmian wprowadzonych przez Arłukowicza rzeczywiście było przemyślanych i się sprawdziło. Ale wspomniane już luki prawne uniemożliwiające podjęcie stażu przez techników farmaceutycznych czy absurdalny zakaz reklamy aptek – to niewątpliwie rozwiązania, z których rząd powinien się jak najszybciej się wycofać. I nie czekajmy z tym do wyborów i przejęcia władzy przez PiS w 2015 roku, bo do tego momentu wielu farmaceutów i techników farmaceutycznych może zbankrutować lub zmarnować swoje życie zawodowe.

---

Polub stronę "Stop likwidacji aptek": www.facebook.com/StopLikwidacjiAptek

Spodobało się? Jesteś tu pierwszy raz? Zostań z nami na dłużej! Zapisz się na newsletter (w każdej chwili możesz się wypisać) i polub naszą stronę na Facebooku:

www.facebook.com/porteuropa.eu

Wpisz swój adres e-mail.
Będziesz otrzymywał nasz newsletter.
adres e-mail
Miasto