Tuesday, May 22nd

Last update:07:23:11 AM GMT

You are here:

Dlaczego tolerujemy polsko-ukraińskich przemytników?

Email Drukuj PDF
Ocena użytkowników: / 4
SłabyŚwietny 

Na zdj. Przemytnicy w Przemyslu, bez skrepowania sprzedajacy przemycony towar

W ostatnich dniach Austria na tydzień wystąpiła ze strefy Schengen, ze względu na odbywający się w Wiedniu międzynarodowy kongres i związane z tym zagrożenia dla bezpieczeństwa kraju. Prawdę mówiąc, trudno było ten fakt zauważyć. Na naprędce odnowionych przejściach granicznych wcale nie tworzyły się kolejki, kontrola przebiegała szybko i sprawnie, a co najważniejsze – wyrywkowo.

Jak bardzo ta sytuacja różni się od rzeczywistości znanej nam z granicy polsko-ukraińskiej, nie trzeba chyba nikomu tłumaczyć. Austriacki policjant wszedł z uśmiechem na ustach do autobusu, szybko sprawdził paszporty i życząc miłego dnia, poszedł dalej. W tym czasie na polsko-ukraińskiej granicy niejeden autobus spędził pół godziny, czekając na to, aż polski lub ukraiński funkcjonariusz łaskawie podejdzie do pojazdu i zechce zebrać paszporty. Po czym znika z dokumentami na kolejne pół godziny lub więcej, wszystko to w pozie niezwykle poważnego, wyniosłego rycerza zewnętrznych granic UE, lub z drugiej strony patrząc, w pozie obrońcy zewnętrznych granic Ukrainy.

Po co ta cała celebracja procesu przekraczania polsko-ukraińskiej granicy, która kończy się nieraz wielogodzinnym oczekiwaniem na przejściu granicznym? Aż ciśnie się na usta by powiedzieć: z czystej złośliwości i chciwości skorumpowanych celników i strażników granicznych. I to jednych i drugich, bo Polacy od Ukraińców wcale nie lepsi.

Jak by nie było, to jest jednak tylko jedna strona medalu. Nie sposób zaprzeczyć, że na polsko-ukraińskiej granicy są nie tylko uczciwi podróżni: turyści czy też ludzie podróżujący służbowo lub w interesach. Niestety, ale granica jest w dużej mierze opanowana przez różnej maści cwaniaczków, przemytników łamiących przepisy lub balansujących na ich krawędzi.

Co ciekawe, każdy z nich ma jakieś wytłumaczenie dla swojego „szlachetnego” zajęcia, które w jego oczach urasta wręcz do rangi bohaterskiego sprzeciwu wobec skorumpowanej władzy. „Złodziejska okupacyjna władza Janukowycza okrada nasz naród, dlatego musimy sobie radzić w ten sposób” – mówią po jednej stronie granicy. „Niech nam to nasze francowate państwo da pracę to przestaniemy nosić fajki, przecież to nie jest nasza wymarzona praca” – mówią ci drudzy, mieszkańcy Przemyśla. A cała reszta, ci zamożniejsi, bardziej wykształceni, którzy granicę chcą przekroczyć turystycznie lub w interesach, ze zrozumieniem kiwają głową. „No tak, musimy tu przez nich czekać w tych ośmiogodzinnych kolejkach, ale przecież oni nie są niczemu winni. W ostateczności spróbujemy się jakoś dogadać, zapłacimy te 20 dolarów i przepuszczą nas szybciej. Trzeba sobie jakoś radzić i nie robić sobie wrogów” – myślą biznesmeni. „Hehe, ale zaje... folklor, nie szkodzi, że tyle czekamy, przynajmniej poczujemy ten super wschodni klimat. Szkoda, że na zachodzie już nie ma tego folkloru” – zachwycają się turyści – studenci z Polski. „Musimy zadzwonić do polskiego konsula, on powiadomi komendanta przejścia granicznego i przejedziemy bez kolejki” – myślą sobie polscy intelektualiści jadący na konferencję do Lwowa, którym nawet do głowy nie przyjdzie, by potraktować te kolejki na granicy jako coś nienaturalnego, przeciwko czemu należałoby protestować czy chociażby zorganizować na ten temat debatę publiczną.

I tak żyjemy sobie z tymi absurdalnymi kolejkami na polsko-ukraińskiej granicy już ponad dwadzieścia lat. Każdy się jakoś przystosował i każdy myśli, jak tę granicę samemu obejść, a nie jak nagłośnić ten problem w mediach czy w jakiś inny sposób, tak aby w końcu ten relikt zimnej wojny zniknął. Jedni będą czekać pokornie na swoją kolej (przemytnicy), inni zapłacą łapówkę (biznesmeni), jeszcze inni będą mieć z tego wszystkiego bekę, upijając się winem w stojącym na granicy autobusie (studenci jadący na wycieczkę), inni zadzwonią do konsula czy innego dyrektora Instytutu Polskiego, by załatwił im szybki przejazd (intelektualiści) – i nikt nawet się nie zastanowi, że to przecież nie w porządku. Że nie o to chodzi, byśmy to my jakoś się przez tę koszmarną granicę w miarę bezboleśnie prześlizgnęli, ale o to, by ta granica nie była koszmarna. Czyli taka, jak dzisiejsza granica słowacko-austriacka.

A więc wróćmy się do tej naszej granicy Austrii ze Słowacją, tak innej od tej polsko-ukraińskiej. Ale w zasadzie dlaczego innej? W końcu i tu, i tu są olbrzymie różnice w cenach i zarobkach. Polacy zarabiają trzy razy więcej niż Ukraińcy, Austriacy zarabiają trzy razy więcej niż Słowacy. Między Polską a Ukrainą różnice w cenach niektórych towarów sięgają kilkudziesięciu procent i między Austrią a Słowacją jest tak samo. Dlaczego w takim razie między tymi granicami jest różnica?

A między innymi dlatego, że na słowacko-austriackiej granicy nie ma cwaniaków. Nie, to nie jest tak, że w Bratysławie nie ma bezrobotnych, bezdomnych i wielu innych ludzi, nad którymi można by się litować – tak jak litujemy się nad osobami, które swoją trudną sytuację życiową starają się polepszyć polsko-ukraińskim przemytem. Takie osoby w Bratysławie są, jest ich mnóstwo. Ale nikomu z tych biednych bratysławczan nie przyjdzie do głowy, by kupić w bratysławskim supermarkecie tanie fajki i wódkę, jechać z nimi do Austrii i sprzedawać je na Hauptplatz w pobliskim Hainburgu. Może dlatego, że żaden Austriak by ich od nich nie kupił? A może dlatego, że po prostu tak się nie robi: po to wymyśliliśmy przepisy, podatki, zasady dobrych manier i inne wynalazki współczesnej cywilizacji, by prawidła gry były dla wszystkich jednakowe, zamiast tego, aby niektórym przyzwalać na przemyt i spowodowane tym zakorkowanie granicy?

I dlatego zawsze, kiedy przekraczam granicę polsko-ukraińską i muszę stać w tych absurdalnych, wielogodzinnych kolejkach, mam ogromny żal. Mam żal do przemytników, którym wydaje się, że są pępkiem świata. Bo złe państwo nie dało im pracy. To, że ja w takiej sytuacji nie narzekałem na „złe państwo”, tylko wyjechałem za pracą do innego miasta, a nawet trzykrotnie do innego kraju, to już do nich nie przemawia. Ja musiałem. Oni nie mogli, oni muszą zostać tutaj, przemycać fajki, narzekać na złodziejskie państwo i wzbudzać w innych litość – bo im się przecież należy.

Mam żal do funkcjonariuszy. Bo przymykają na to wszystko oko. My, dziennikarze, również zarabiający głodowe pieniądze (standardowa stawka za artykuł to w Polsce tylko 30-60 złotych, miesięcznie wychodzi z pracy dziennikarskiej jakieś 1200-1500 złotych), musimy stać w tych kolejkach po osiem godzin. Mimo, że jedziemy z Krakowa do Kijowa, bo to nasza praca, bo piszemy dla polskich mediów o Ukrainie. Oni, drobni przemytnicy, zarabiają na tym swoim przemycie po 2000-3000 złotych miesięcznie i wszyscy są po ich stronie. Bo biedni, bo nie mają pracy, bo państwo nie dało... I dlatego trzeba przymknąć oko, nie zauważyć, powiedzieć że to już ostatni raz i... następnego dnia znów ten drobny przemyt przepuścić. A że przez takich drobnych przemytniczków granica się korkuje na 8-9 godzin, że uczciwi podróżni – turyści, dziennikarze, muszą stać te osiem godzin nie wiadomo dlaczego? A co to kogo obchodzi?

Ale mam żal również do polskich i ukraińskich intelektualistów. Tych, którzy mają wpływ na kształtowanie opinii publicznej i tych, z których opinią liczy się polskie MSZ. Dziwne to, ale polscy intelektualiści rozmawiają na swych konferencjach o wszystkim, tylko nie o absurdalnej sytuacji na polsko-ukraińskiej granicy. Integracja Ukrainy z EU, represje wobec Tymoszenko, wspieranie białoruskiej opozycji, polsko-ukraińskie pojednanie... O tak, to są te „szlachetne tematy”, na które co rusz płyną unijne granty, o których pisze się książki i organizuje konferencje. A granica? Czy ktokolwiek zająknął się o problemach na granicy? Czy naprawdę ci eksperci od Ukrainy żyją w tym samym świecie, co ja i w ogóle dostrzegają, że taki problem jak patologiczna granica istnieje i warto by było chociaż go omówić, opisać, powiedzieć o nim na głos?

Nie, patologiczna granica nie jest problemem. Nie dla naszych intelektualistów. Wszak jeden telefon do konsula wystarczy i komendant przepuści nas bez kolejki. Albo polecimy samolotem, a tam kolejek nie ma. A że inni czekają po osiem godzin? A co nas to obchodzi, w końcu to tylko przemytnicy, my przymykamy na ich przemyt oko, a oni logicznie rzecz biorąc czekają w kolejkach by sobie zarobić, więc w czym problem? A kto inny oprócz przemytników może jeszcze tę granicę przekraczać? Dziennikarze, biznesmeni, turyści? To nie nasz problem, nas interesuje wpływ Traktatu Lizbońskiego na perspektywy eurointegracji Ukrainy, a nie takie przyziemne sprawy – odpowiada nasza intelektualna elita, zanurzając się z błogością w jej szczytnych tematach, tak dalekich od przyziemnej granicy.

Komentarze  

 
0 #1 jan 2012-02-08 12:46
Czy ktoś to słucha. Od 5 lat prowadzę działania odnośnie stosunków panujących pomiędzy cwaniakami i biedotą Ukraińską. Polaka nie stać na kupno drogich auta jak Majbach i aut z wyższej półki, jak i na kupno mieszkania (będącego własnością rodzinną Polskiej), za tak duze pieniądze jakie płacą Ukraińcy. za które to kwoty kupić mozna w innych krajach apartamenty a tutaj tylko rujny. Ale to są nasi bracia i należy im pomagać . Nie wspomnę o zgryzotach i myśli tych co stracili swoich dzięki dziąłaniom stalinowskim i banderowskim. Przecież Polak to człowiek honorowy da sie zabić ale brać zbójecką będzie gloryfikował. DLACZEGO rząd wzorem innych państw nie nazwie po imieniu to co myślą pokrzywdzeni i prawdziwi Polacy. Dlaczego mam żyć z tymi co nie ukrywają że Polaków zabijali i przypisują sobie to za chlubę. Powiedzmy głośno,wówczas będzie na granicy tak jak na słowacko-austryjackiej. A konsulat PL to duży śmiech w ich działaniach
Cytować
 

Dodaj komentarz

Kod antysapmowy
Odśwież

Wpisz swój adres e-mail.
Będziesz otrzymywać nasz newsletter.
adres e-mail
Miasto
Reklama

Czytaj też podobne artykuły z innych serwisów: