
Od ponad pięciu lat próbuję zwrócić uwagę społeczeństwa, dziennikarzy i polityków na problem patologicznej granicy polsko-ukraińskiej. Mówiąc w skrócie, granicy tej nie da się przekroczyć inaczej, niż stojąc w kilkugodzinnej kolejce lub dając łapówkę za jej ominięcie. Przyczyną tej sytuacji są drobni przemytnicy, głównie Polacy, szmuglujący przez granicę nielegalne ilości papierosów i alkoholu.
Efekt jest taki, że granica jest totalnie zakorkowana i opanowana przez niezbyt przyjemne towarzystwo spod ciemnej gwiazdy, posługujące się kryminalnym żargonem i wprowadzające na granicy własne zasady, którym, co trzeba powiedzieć, ulegają również celnicy i pogranicznicy. Funkcjonariusze nie są w stanie z tym zjawiskiem walczyć, dlatego wybierają inny sposób: uprzykrzają podróżnym życie, maksymalnie wydłużając odprawy. Wygląda to jak permanentny strajk włoski: odprawa jednego auta trwa 20-30 minut, a autobusu – dwie-trzy godziny. To oczywiście znacznie zmniejsza skalę przemytu, ale cierpią na tym również uczciwi podróżni, który po prostu wracają do Polski z wycieczki turystycznej czy wyjazdu służbowego do Lwowa czy Kijowa.
Skutki tej patologicznej sytuacji dla gospodarki terenów przygranicznych są opłakane. Największe miasto regionu, czyli Lwów, z powodzeniem mogłoby być zamożnym ośrodkiem, lokomotywą wzrostu dla całego regionu – a to dzięki rozwojowi turystyki i współpracy gospodarczej z sąsiednią Polską. Lwów pod względem architektury w niczym nie ustępuje Pradze i Krakowowi i podobnie jak te miasta, mógłby być odwiedzany przez nawet dziesięć milionów zagranicznych turystów rocznie (obecnie jest kilkaset tysięcy). A to dałoby potężnego kopa gospodarce nie tylko miasta, ale i całego regionu, włącznie z polskim Przemyślem czy Tomaszowem Lubelskim. Niestety, do Lwowa prawie nikt nie przyjeżdża: trudno, żeby było inaczej, skoro turysta musi przeżyć na granicy prawdziwe katusze, zafundowane mu przez przemytników i skorumpowanych przez nich funkcjonariuszy.
Niestety, podejmując temat patologicznej granicy zauważyłem, że ogromna rzesza Polaków stoi po stronie przemytników, a nie uczciwych podróżnych, którzy wskutek przemytu muszą czekać wiele godzin na granicy czy tracą możliwość zarobku i zatrudnienia w branży turystycznej (a przemyt zabiera Lwowowi kilkadziesiąt tysięcy miejsc pracy w hotelach, restauracjach itp.). Padają argumenty, że tak już musi być, bo przemytnicy to biedni ludzie. To oczywiście mit, bo na granicy stoją wcale nie ci najbiedniejsi, ale przede wszystkim przemyskie cwaniaczki, które na przemycie zarabiają minimum 3000 złotych miesięcznie.
Oczywiście wśród przemytników są też ludzie autentycznie biedni, którzy w ten sposób zarabiają na życie. Pytanie tylko, czy granica służy do tego, by rozwiązywać problemy społeczne, paraliżując przy tym rozwój turystyki i legalnej współpracy polsko-ukraińskiej i powodując totalne zubożenie pogranicza? Dlaczego to wszystko ma się odbywać kosztem nas, ludzi którzy z przyczyn zawodowych muszą często podróżować np. z Krakowa do Lwowa czy Kijowa, za każdym razem stojąc po pięć – osiem godzin w koszmarnych kolejkach?
Od rozwiązywania problemów socjalnych jest pomoc społeczna, organizacje pozarządowe, względnie ministerstwo pracy. Jeżeli ktoś chce pomóc biednym mieszkańcom pogranicza, niech zgłosi się jako wolontariusz do odpowiedniej fundacji lub zasili ją dobrowolnym datkiem, względnie nagłośni problem biedy w mediach czy portalach społecznościowych. Przemyt nie jest tu żadnym rozwiązaniem, tym bardziej, że to skrajnie niemoralne, by pomagać jednym, totalnie przy tym szkodząc innym.
| « poprzednia | następna » |
|---|













Komentarze
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.