
Zachodnia Ukraina od samego początku przebywania jej w składzie ZSRR była uważana przez Rosjan i komunistów za „piątą kolumnę” Zachodu, którą należy za wszelką cenę zmarginalizować i pogrążyć gospodarczo.
Nic dziwnego: w czasach sowieckich nigdy nie udało się tego regionu zrusyfikować i zaszczepić mu miłości do komunizmu. Galicja ze Lwowem na czele była dla Sowietów tym, czym Gdańsk dla polskich komunistów: niepokornym ośrodkiem, z którego wywodzili się antykomunistyczni dysydenci i niepodległościowi działacze. Nic się w tym temacie nie zmieniło również po upadku ZSRR – od tego czasu to właśnie Zachodnia Ukraina jest najbardziej proeuropejskim i prodemokratycznym biegunem, który konsekwentnie ciągnął cały kraj ku UE.
To prozachodnie nastawienie Lwowa i Galicji było zdecydowanie nie w smak kolejnym ekipom rządzącym z Moskwy i Kijowa, którzy woleli widzieć Ukrainę raczej w rosyjskiej strefie wpływów. Znając dążenia narodowościowe i antyrosyjskie nastawienie mieszkańców Zachodniej Ukrainy, radzieccy komuniści zdecydowali o totalnym zmarginalizowaniu gospodarczym tego obszaru. To dlatego w regionie Lwowa infrastruktura drogowa i komunalna jest w tak fatalnym stanie – wieloletnich zaszłości nie da się nadrobić od razu. Radzieccy komuniści Lwów totalnie zaniedbali, czego najbardziej widocznym następstwem są chociażby słynne problemy z wodą: jeszcze niedawno woda w kranach była tu tylko kilka godzin dziennie, bo w czasach ZSRR zupełnie nie remontowano wodociągów, pamiętających jeszcze czasy Franciszka Józefa.
Po odzyskaniu przez Ukrainę niepodległości było wcale nie lepiej. Ukraina wywalczyła niepodległość w dużej mierze dzięki demokratycznie nastawionym lwowianom, ale mimo to na Ukrainie nadal rządzili przefarbowani komuniści. Zarówno ekipa Leonida Krawczuka, jak i jego następcy Leonida Kuczmy - to mówiąc w uproszczeniu osoby myślące w stary radziecki sposób i niechętne europeizacji kraju. Za czasów Kuczmy marginalizacja Zachodniej Ukrainy postępowała nadal, czego przejawem był niesprawiedliwy dla Lwowa podział środków budżetowych. Do obwodu lwowskiego trafiało w przeliczeniu na mieszkańca ponad siedem razy mniej środków, niż do prorosyjskich, wschodnich obwodów kraju! Motywacja prorosyjskiej ekipy Kuczmy była podobna, jak komunistów: władza upatrywała w zachodniej części kraju zagrożenie, dlatego za karę ten niepokorny region był dyskryminowany przy podziale pieniędzy.
Sytuacja była do tego stopnia napięta, że w okolicach 1998-2000 roku we Lwowie pojawiły się bardzo silne tendencje separatystyczne: miejscowa elita polityczna i kulturalna całkiem serio dyskutowała o możliwości ogłoszenia galicyjskiej autonomii, a nawet utworzenia niezależnego państwa zachodnioukraińskiego, które w odróżnieniu od postsowieckiej reszty kraju jest przywiązana do zachodnich, europejskich wartości. „Skoro Ukraina jest rządzona w taki sposób i nic się z tym nie da zrobić, to może lepiej ogłosić niepodległość i przystąpić razem z innymi krajami Europy Środkowej do Unii Europejskiej, zamiast tkwić wraz z Kijowem i Donieckiem w postsowieckim bagnie” – myśleli wtedy lwowscy i iwano-frankiwscy autonomiści, skupieni wokół takich osób, jak Taras Wozniak czy Jurij Andruchowycz.
Marginalizacji tego regionu nie przełamało nawet dojście do władzy proeuropejsko nastawionych „pomarańczowych”, których zwycięstwo było możliwe głównie dzięki Zachodniej Ukrainie. Ekipa Juszczenki nie chciała być posądzana o faworyzowanie „swoich” i nie okazywała szczególnego wsparcia dla zachodniej części kraju, której zawdzięczała zwycięstwo. Paradoksalnie, wszystko zmieniło się dopiero po dojściu do władzy polityków z obozu „donieckich”, czyli z zupełnie odmiennego ideologicznego bieguna. Częściowo z chęci kupienia sobie sympatii „wiecznych rewolucjonistów” z Galicji, a częściowo ze względu na interesy gospodarcze, politycy i oligarchowie związani z Wiktorem Janukowyczem zaczęli wyraźnie faworyzować Zachodnią Ukrainę, jeśli chodzi o inwestycje państwowe i podział środków budżetowych.
Widać to wyraźnie na przykładzie przygotowań do Euro-2012. Gdy w styczniu 2010 roku donieccy obejmowali władzę, stan prac przy budowie lwowskiego stadionu, lotniska i innych obiektów był tak słabo zaawansowany, że wszyscy otwarcie mówili o odebraniu Lwowowi prawa do organizacji mistrzostw. Sprawa wydawała się już przesądzona, a zamiast we Lwowie mecze miały się odbywać w Odessie lub Krakowie. Tymczasem w pozostałych ukraińskich miastach przygotowania do Euro odbywały się o wiele sprawniej. Zaległości udało się przezwyciężyć wyłącznie dzięki politycznej decyzji ludzi Janukowycza, którzy postanowili, że obiekty na Euro powstaną we Lwowie bez względu na koszty. Udało się: dziś jest już gotowy nie tylko lwowski stadion i nowoczesny port lotniczy, ale i droga szybkiego ruchu Lwów – Kijów, która przez wiele lat była obiektem niedoścignionych marzeń.
Można powiedzieć: coś za coś. Jest oczywiste, że takie działania są robione wskutek zimnej kalkulacji, a nie z nagłej miłości donieckich do Lwowa. Nielubiana we Lwowie Partia Regionów zawarła z mieszkańcami Zachodniej Ukrainy niepisany pakt wymienny: my wam doinwestujemy wasz region, a w zamian wy będziecie milcząco akceptować nasze rządy. Jak dotąd ta taktyka okazała się skuteczna, a antypatia wobec Partii Regionów nie jest już na zachodzie kraju tak silna, jak np. podczas Pomarańczowej Rewolucji.
Dziś władza proponuje lwowianom dalsze prezenty w zamian za brak protestów. A warto podkreślić, że spokój we Lwowie jest kluczowym czynnikiem, który przesądzi o utrzymaniu się ekipy Janukowycza u władzy – bo jeśli miałyby się rozpocząć protesty, to właśnie tu. Takim prezentem dla Galicji są plany zorganizowania zimowej olimpiady w Karpatach w 2022 roku. Wbrew pozorom, nie są to puste obietnice: ukraiński rząd powołał komitet olimpijski i zlecił wykonanie projektu wioski olimpijskiej w obwodzie lwowskim. Niezależnie od decyzji MKOl, która zapadnie w 2015 roku, rząd chce do tego czasu zainwestować w infrastrukturę transportową, rekreacyjną i sportową Lwowszczyzny kilka miliardów euro. Nowoczesne lotnisko już jest, a mają powstać także dobrej jakości drogi (w końcu!), kurorty narciarskie z prawdziwego zdarzenia (jeden już jest: Bukovel) i szereg innych inwestycji.
Jednym słowem, aby kupić sobie przychylność prozachodnio nastawionych lwowiaków, donieccy konsekwentnie ładują w do tej pory marginalizowaną Zachodnią Ukrainę miliardy euro, nadając temu regionowi cywilizowanego oblicza. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, za kilka lat przekraczając w Medyce granicę polsko-ukraińską nie będziemy mieli wrażenia, że wjeżdżamy do kraju trzeciego świata, nie będą już kłuły w oczy dziurawe drogi i zapuszczone miasteczka. Swoją drogą to chichot losu, że o Zachodnią Ukrainę jako pierwsi zaczęli dbać ci, których nikt by o to nie podejrzewał – nawet jeśli mamy świadomość, że donieckimi kierują w tym względzie wyłącznie merkantylne pobudki.
| « poprzednia | następna » |
|---|













Komentarze
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.