
Tatar chowa się za murem
- Ja Tatarka, ale nikomu nie mówcie, zwłaszcza moim sąsiadom, gdybyście z nimi rozmawiali – mówi nasza gospodyni, prowadząc nas w osiedle małych domków, odgrodzonych od ulicy i sąsiadów solidnymi murami i zamykanymi na klucz wysokimi bramami. – Sąsiedzi nie wiedzą, że ja Tatarka i niech tak zostanie, bo nas tutaj nie lubią – twierdzi.
Obejście, gdzie będziemy mieszkać składa się z czterech malutkich domków tworzących czworobok. Każdy domek dwupokojowy, z kuchnią i osobnym wejściem. Z tyłu, malutki ogródek, w połowie zajęty przez namiot z folii, pod którą rosną ogórki, pomidory i cebula. Podwórko mocno zagracone, mury domków niedokończone i niezbyt zadbane. Ale nasza kwartira czysta. No i luksus po kilkunastogodzinnej podróży: prysznic i „nowoczesna” ubikacja. „Nowoczesna” to znaczy taka, na której nie trzeba przyjmować pozycji Małysza.
- To syn wybudował łazienkę i ubikacje – chwali nam się wieczorem gospodyni, Larysa Primowa. – Przez trzy lata ją budował, bo bez łazienki turyści nie chcą wynajmować pokoi.
Siedzimy na małym zagraconym podwórku, odizolowanym od reszty świata wysokim murem i bramą.
- Syn skończył szkołę teatralną, ale o pracę w tym zawodzie trudno, więc pracuje przy montażu filmów - mówi Larysa.
Podróżowanie na koszt Stalina
Larysa nie wygląda na Tatarkę. Nie ma ciemnej karnacji, skośnych oczu. Włosy zafarbowała na blond. – Moje dzieci w połowie są tylko Tatarami – mówi. Żyje wraz z córką, zięciem i dwoma wnuczkami. O mężu nie wspomina, więc nie pytamy. W sezonie turystycznym wszyscy mieszkają w jednym domku. Trzy pozostałe wynajmowane są turystom. – Z tego żyję, bo „pensja” (emerytura) mała. 380 hrywien na życie nie starczy. A i synowi trzeba pomagać. Byli u mnie już studenci z Polski. Wy jesteście drudzy. Zachęcajcie znajomych, żeby do mnie przyjeżdżali, ale nie mówcie, że ja Tatarka.
Larysa chwali się żeliwnym garnkiem „kazaniem”. Kupiła go na bazarze właśnie dla syna. – W sklepie kosztowałby ze 40 hrywien, na bazarze o połowę tanie. Syn lubi pilaw (potrawa z ryżu, cebuli, mięsa i papryki). A taki „kazań” w sam raz na robienie pilawu.
Rodzina Primowów na Krym wróciła na początku lat 90-tych. Od połowy lat czterdziestych, kiedy to Stalin wygonił Tatarów z Krymu, mieszkali w stolicy Uzbekistanu, w Taszkiencie. Stalin wyganiał przedstawicieli mniejszości ze wszystkich rdzennych ziem Sojuza. Nie prześladował tylko Gruzinów, bo sam był Gruzinem i Osetyńców, bo jego ojciec pochodził z Osetii.
Nigdzie nas nie chcą
Larysa wspomina Taszkient z niechęcią, ale i z nutką sentymentu. – W Taszkiencie teraz nie lubią „jasnych”. „Jasnych”, czyli nie Uzbeków. Gdy w ‘90 roku Uzbekistan zaczął stawać się niepodległy, rozpoczęły się szykanowania obcych: Rosjan, Ukraińców, Tatarów, Karaimów. – Po osiedlach chodziły specjalne uzbeckie komanda. Dzwonili domofonami do mieszkań i sprawdzali, kto mieszka. Na szczęście znałam ich język i odpowiedziałam po ichniemu. Postawili znaczek przy moim nazwisku, żeby nie ruszać mojej rodziny – wspomina. – Ale i tak dostaliśmy pozwolenie na powrót do siebie. Do Sewastopola. Gdy wróciliśmy pieniędzy wystarczyło tylko na zakup tego obejścia, gdzie wówczas stał tylko jeden drewniany domek. Teraz powoli, zaczynamy się dorabiać, ale ciągle ciężko.
-, Gdy wróciliśmy na swoje ziemie i cmentarze ojców, to od razu znienawidzili nas miejscowi – wspomina Achmet, którego spotkaliśmy w pobliżu meczetu. – Nie za to, że wyznajemy islam tylko przez to, że osiedlamy się na ziemi, do której miejscowi się już przyzwyczaili jak do swojej. A to przecież nasze ziemie, skąd nas bezprawnie wygoniono.
Achmet ma około 50 lat, twarz pooraną zmarszczkami. – Gdy nas wyganiano, na spakowanie mieliśmy kilka godzin, a zabrać można było tylko to, co się uniesie. Gdy pozwolono nam wrócić, najlepsze tereny zajęte były przez miejscowych. Ustawa gwarantowała nam też zatrudnienie. To także się nie spodobało Ukraińcom, którzy oskarżyli nas o to, że zabieramy im pracę. I tak żyjemy. Niby razem, niby osobno.
Lepsi dla kotów niż Tatarów
- U siebie i tak lepiej niż u obcych – twierdzi Larysa. – Bywa, że poborów nie płacą po kilka lat, ale za to nie ścigają, gdy nie płaci się czynszu. Najbiedniejsi dostają zapomogi.
Skrawek podwórka obejścia Larysy, wolny od chodnika zajmuje rachityczna winorośl, wiśnia i … koper. - Nic z owoców, bo w Sewastopolu zachwiana została równowaga biologiczna – tłumaczy nam Larysa. - W mieście żyje bardzo dużo kotów, które polują na ptaki. Przez to namnożyło się robactwa, które zżera liście drzew. Ludzie tu dla kotów dobrzy, dla nas Tatarów, trochę mniej. Chociaż jakoś daje się żyć.
WŁADYSŁAW BOROWIEC
PIOTR WRÓBEL
Źródło: www.pl.pogranicze.eu
| następna » |
|---|












